THOUSANDS OF FREE BLOGGER TEMPLATES

piątek, 23 kwietnia 2010

słowa, których się nie mówi...

i myśli,  sytuacje, gesty, których być nie powinno. Po cholerę to sobie piszę? (choć właściwie powinnam zapytać po cholerę to sobie robię.)

...chyba żeby nie zapomnieć. Jak przez chwilę było mi dobrze. I jak za chwilę to wszytko mnie sponiewiera.

 Budzę się w nie-swoim-łóżku i pierwszy raz od dawna nie czuję się chora. Nie czuję się przerażona. Nic, tak zupełnie nic mnie nie boli.... Budzę się obok kogoś i za każdym razem nie mogę się nadziwić, jak można mieć tak ciepłe dłonie. Ciągle...

 Zasypiam uspokajając się czymiś oddechem, głosem, smakiem i zapachem skóry, ciągle jeszcze zaskoczona, że jakimś cudem do tego doszło. Wszystko na odwrót. Wszystko nie tak... A jednak wcale mi to nie przeszkadza. Zasypiam, mimo że nie powinno mnie tam być. Zawsze pod ścianą. "- już się tak przyzwyczaiłam..."

....i sama nie wierzę, że powiedziałam to głośno. Jak odgłos tłuczonego szkła. Łamanych kości...

....bo znaczy to tylko jedno: powoli się odwrócić. Cicho wyjść i nie odwracać się za siebie, pomimo, że tak kurewsko tego nie chcę...

Niestety, nie mogę pozwolić sobie  zapomnieć, że jedyne przyzwyczajenie do jakiego mam prawo to deliryczne zimno w pustym łóżku o czwartej nad ranem.

piątek, 19 marca 2010

Impresja

DZIURA

papierosy wiśniowe, setki ubrań i nocnych ucieczek, papierki rzucane kotu do zabawy, rachunki, mandaty, karty kredytowe, tabletki niebieskie czerwone brązowe i białe, wewnętrzne zamieranie wewnętrzny dygot zupełnie niespodziewany wewnętrzny spokój, lakiery do paznokci w liczbie dwunastu, dwie pary różowych majtek, 80 GB muzyki, plamy z krwi tuszu pigmentów i zielonej herbaty na honorze oraz dywanie, parę stów na minusie i dwie puste butelki, koraliki czarne koraliki niebieskie czerwone lub różowe, reprodukcje grafik topora, trzy palce w gardle, cztery zadrapania na ramieniu, test ciążowy z jedną kreską i okrągłe lusterko z dwiema, gibson sg, tampony i cukierki rozsypane na pluszu w białego tygrysa, opuszczone miejsca, zaniedbani ludzie, podniesiona głowa, jedno wielkie WYPIERDALAJ, zmuś się do życia napisane małym druczkiem na rewersie, wszystko oddane za nic (bo trzeba mieć gest), półtorej godziny, zapach cynamonu, 10 powodów do życia których nie mogę znaleźć, 1 powód żeby spróbować stać się ładna(pierwszy raz od wielu lat), bilety tylko w jedną stronę, ostre przedmioty rozrzucone na podłodze obok łóżka, ostre przedmioty wpychane do przełyku, wstyd, strach, ogień, pornografia, obrzydzenie do tego co to widzę w lustrze, uwielbienie tego czego nie widać...

....spakować to wszystko? oddać? wyrzucić? sprzedać?

.................

środa, 17 lutego 2010

'zakochujer'

- Świetnie wyglądasz. Zupełnie inaczej niż zwykle... Coś się stało, prawda? Czekaj... chyba się nie...? Tak! ZAKOCHAŁAŚ się! Siadaj, opowiadaj! Wszystko...

...Więc siadam. Strzelam dwie kolejki Finlandii i proszę o poranną kawę. Nie będzie łatwo - nie umiem mówić o uczuciach...

- No więc...

...papieros...

-...tak... Na to wygląda...

...milczenie. Trzecia kolejka. Druga kawa...

-  To takie niesamowite uczucie, gdy czujesz, że jesteś w stanie zrobić dla Kogoś wszystko. Wszystko poświęcić. Wszystko oddać. Całą siebie.. To fakt - może i za często płaczę przez tą Osobę, ale nikt nie jest idealny. Tak, ufam bezgranicznie mimo, że nieczęsto wraca na noc do domu. Czasem nie warto pytać o obcy zapach na skórze... Liczy się tylko to, że widzę tą twarz jako pierwszą po przebudzeniu... Tylko dlatego jeszcze wstaję, wiesz?... 

Och, to nie tak! z pewnością mnie nie okłamuje... Ja wierzę, wierzę w te obietnice! I z pewnością rzuci te fajki, przestanie tyle pić, przestanie wpierdalać ten cholerny zomiren garściami, nawróci się do życia i nie straci już ani jednej szansy...

 Blizny?... To też nie tak, jak sądzisz. To była moja wina, to ja sprowokowałam... Po prostu słabe nerwy. Ale więcej tego nie zrobi. Wierzę, że już nigdy tego nie zrobi... jestem pewna...

Bo to jest prawdziwa miłość. Inni tego nie zrozumieją... Kiedy widzę rano tą skacowaną, zawsze tak samo wkurwioną i smutną twarz..... w lustrze. I kiedy mogę powiedzieć do odbicia:

 Hello, my Love!

środa, 20 stycznia 2010

dog days are over!

...Najwyższa to pora, żeby odświeżyć ten mój mentalny wyrzyg na rzeczywistość. Ale żeby było zabawniej - nic o bólu ani strachu. Żadnego połykania łyżeczek i wstrzykiwania sobie demoestosu dożylnie.

dog days are over!

 Wszystko nabrało rozpędu. Świeci. Błyszczy. Roztapia płatki śniegu na moich policzkach...

Nie ma już we mnie ani odrobiny strachu. Jest za to jeszcze więcej zdrowego  i twardego. Czegoś, co pomimo swojego chłodu parzy kolorem czerwonej pomadki. Okazało się, że całe  to rozedrganie dało się zamienić w coś co pozwala nauczyć się nie wypadać z zakrętów. Jechać jak zwykle za blisko bandy i mieć świetną zabawę z driftów. Ooo, jaką zajebistą zabawę! ....Zwłaszcza, że teraz to inni wychodzą z niej pokaleczeni.

Dlaczego?

Że niby coś się stało?...

Nie. Nic. Najzwyczajniej nauczyłam się trudnej sztuki wyciągania wniosków. I zapisuję je sobie na swoim ciele rozżarzonymi żyletkami, żeby więcej ich nie zapomnieć. A wnioski są bardzo proste: ostatni raz w swoim życiu zrobiłam cokolwiek dla kogoś innego kosztem siebie. Tylko dlatego, że moralnie i że 'tak należało'. ... Oczywiście po wszystkim wyszło na to, że jak zwykle jestem zwykłą suką. Whoa, nie pierwszy i nie ostatni raz przecież...

 Ale naucz się, blond kretynko w brudnych dżinsach, że jeśli masz już być suką, to przynajmniej z całą suczą korzyścią dla siebie samej.

...Więc biegnij. Miasto woła własnym, pulsującym rytmem. Od teraz już nie tylko Czujesz. Od teraz już Wiesz, że wszystkie rozkrzyczane noce, skacowane poranki i massolitowe popołudnia z kawą i papierosem są twoje. Cała wódka i wszystkie prochy tego świata. Obce łóżka i każdy decybel powyżej 100. Każdy tatuaż i każda blizna tego świata... 

...Nie trać już tutaj czasu.

Leave all your loving, your loving behind, you can't carry it with you if you want to survive Coz the dog days are over!

czwartek, 8 października 2009

Nowe....

....przyszło.

I jak to zwykle bywa w moim wypadku. Przychodziło po grudzie. Na kolanach. Po drodze wybijając sobie zęby. Dodatkowo jeszcze stanęło dęba i wywaliło mnie z siodła. Cóż. Komplikacje są akurat tym, co w moim życiu przewidzieć najłatwiej… Wyszłam z tego z kilkoma nowymi bliznami. Z absolutnym brakiem zaufania w dotrzymywane obietnice. Z jeszcze większą wiarą we własną siłę i możliwości…
Czyli znowu emocjonalnie poobijana i zamarznięta w środku, za to silniejsza i jeszcze bardziej wkurwiona na zewnątrz.
I dobrze. I tak powinno być.
Ale to wszystko akurat jest po staremu.

Natomiast moje Nowe nabrało zupełnie innego smaku, szybkości, koloru i wymiaru, niż kiedykolwiek dotąd w moim życiu. Póki co – smakuję, nie dosypiam, wykorzystuję każdą chwilę… Jest mi dobrze i ciepło. Budzę się rano i niczego nie muszę się bać. Czeka najlepsza kawa na świecie i ciche rozmowy przy porannym papierosie. Kot mruczy. Słońce zaczyna świecić. Wszystko jest zawieszone w jednym moim przenajgłębszym oddechu.

M. wrócił… zupełnie się nie spodziewałam. Choć te powroty zawsze byłam w stanie przeczuć, tym razem sądziłam, że pewne sprawy skończyły się definitywnie i nie ma sensu podejmować nawet prób powrotu… A jednak…
Zmieniły się tylko okoliczności. O parę lat, o parę dodatkowych kilometrów bliżej lub dalej od siebie, o inne miejsca i inne wnioski.
Zobaczymy co tym razem ta najbliższa z najdalszych mi osób zostawi w moim postrzeganiu rzeczywistości i we mnie samej…
I może wreszcie po naszych stu latach samotności przestanie się wreszcie bać tego przerażającego zaklęcia:

„…na wódkę do Singera”

niedziela, 20 września 2009

'Lato umiera szybko'

…znacznie szybciej, niż te wszystkie małe rzeczy, o które trzeba dbać. Te, które umierają najszybciej…

Tak więc, znowu zaczynam marznąć nocą. Coraz częściej łapię ostatnie ciepłe smużki słońca, które wyciekają mi poprzez zdrętwiałe palce.
I znowu na coś czekam… Banał użerania z akcją „przeprowadzka” przeplata się z moją ukochaną mantrą „Zacząć Wszystko od Nowa”…
I zacznę… w gołych jak święty turecki czterech ścianach, ale za to z nową towarzyszką życia. Małą, popielatą i długowłosą. Oby nam się razem dobrze żyło…

Oczywiście jakbym miała mało na głowie, musiałam dołożyć sobie jeszcze więcej (choć zdążyłam go już zastrzelić – jak każdy problem TEGO typu). Wybacz chłopcze, ale ja tak nie umiem. Na litość bogów, nawet nie chcę umieć! Pozwoliłeś mi się wyleczyć z czegośtam ( udawajmy dalej, że to nie placebo), ale nie pozwolę, żebyś próbował wpędzić mnie w cośtam kolejnego.
I bardzo śmieszą mnie te próby. I śmieszą mnie takie istoty, które…. Wybacz, ale daleko ci jeszcze do mężczyzny. A z racji twojego wieku,w tym życiu nie zdążysz być ‘bliżej’
Zacząłeś irytować. Nagle mój czas zaczął mieć zupełnie nową – przeliczalną i odczuwalną wartość, na którą za cholerę cię nie stać.
I dość już mam próbowania wmówienia mi, że to ja mam złe wzorce i dewiacyjne upodobania…
To byłoby na tyle. Jesteśmy dla siebie poza zasięgiem, jesteśmy disconnected as fuck.

…. a jednak nie mogę się oprzeć pokusie, żeby zedrzeć ci ten śliczny uśmieszek z pyszczka…. Co więcej, nie mam zamiaru się tej pokusie opierać…
Więc jeszcze tą chwilę poczekam i…..


……..a wszystko po to, żeby JESZCZE dobitniej uświadomić ci, chłopcze, że nie, nie nawrócisz mnie do życia.

wtorek, 8 września 2009

Człowiek-pies // człowiek-mucha

Dobra.

Kurwa wasza pierdolona mać. Dobra.

Z racji chwili. Chwili pomiędzy histerycznymi brakami w dostawie powietrza do płuc. I z racji przezwyciężenia nieodpartej pokusy zdrapania sobie skóry z twarzy. Oraz wyrzygania tych żyletek, co mi się, niechcący połknęło.


Z racji tej chwili wolnego czasu pozwalam sobie na obiektywne spojzenie na moją obecną sytuację....

P. wyprowadziła się parę tygodni temu. Jak nietrudno się domyślić - nie podołałam.
Nie podołałam temu, że zostaję SAMA.
I nic mnie nie obchodzi, że mówiąc tak krzywdzę i Pana Wypierdalaj i tą czarną glizdę bez której już by mnie tu nie było i całą masę osób na które zawsze mogę liczyć.
Nie o to jednak chodzi. Poprawka. Ja nie zostałam sama. Zostałam bez NIEJ.
A to gorszy stan, niż amputacja mojej trzeciej wątroby (tak, akurat tej, którą zamieniłam na serce)...

Tak więc przerabiam w sobie wszystkie stany samotności. Mogę recytować je już z pamięci. Nazywać i układać alfabetycznie, tudzież odcieniami.

Zajmuję się czymkolwiek. Najczęściej mnożeniem swoich gównianych talentów. Mnożeniem blizn, brudu, robaków w głowie oraz sytuacji moralnie dyskusyjnych...

Choć zapewne wystarczyłoby zafundowac sobie tydzień jazdy po bandzie i po moich własnych granicach, zamiast zadowalać się półśrodkami.
Ale nie wolno mi. Wszak zafundowałam sobie detoks od emocji....
I będę się trzymała tego postanowienia, mimo, iż nieuchronnie porowadzi mnie do nagłego przedawkowania rzeczywistości...