THOUSANDS OF FREE BLOGGER TEMPLATES

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

[sic!]K

Więc chciałam tak tylko napomknąć....

 Żebym przypadkiem za chwilę nie stwierdziła, że mi to do głowy wcześniej nie przyszło.
Że nie przewidziałam.
Że przecież jestem mała, biedna i bez rozumu...
...i skąd mogłam wiedzieć...

Prorokuję więc, cholera, że z TEGOWSZYSTKIEGO nic dobrego nie wyniknie.
Jak zawsze...
 Już czuję, już to czuję jak wszystko mi  się z wdziękiem roz-pier-da-la.

A przecież miałam przeczucie..
 A przecież można było uciec dużo wcześniej
(jeszczeczas,jeszczeczas!!!)

Ale ja nie chcę, do cholery!!!!!!!!!!!!!!!!!

Na szczęście tym razem decyzja nie zależna będzie ode mnie...
 Postąpi się tak, jak NALEŻY
jak TRZEBA
jak JEST NAJROZSĄDNIEJ...

nie chcę...nie chcę nie chcę nie chcę........

sobota, 9 sierpnia 2008

Jack Off Jill - Chocolate Chicken

Że niby coś się zmieniło?....
Niestety. Na szczęście.
Nie . Tak.
Źle. Bardzokurwadobrze

 Nie jest największym problemem fakt, że nie mam co napisać. Jest nim fakt, że nie wiem, co mam myśleć... Zmiany miały być:
-radykalne
-natychmiastowe
-na lepsze

 Tymczasem wszystko wygląda, niczym pieprzona pielgrzymka na jasną górę. Dodatkowo na kolanach. Z modlitwą co 50 metrów gratis.

 Czasem po prostu BYWAM Najgłupszą Istotą Na Świecie. Cóż zrobić...
 Czyli znów układamy pasjansa starą talią kart. Znowu najistotniejsze życiowe wybory stawiamy na jedną kartę...

 A jeśli nie wyjdzie po mojej mysli, to Czekoladowy Kurczak będzie lekiem na całe zło... I sposobem na całe pieprzone życie.


sobota, 5 lipca 2008

Dezintegracja Pozytywna

...czyli zabawa w domorosłego psychologa (?)
 Kilka dni spod znaku rock'n'rollowego stajlu, Chucka Billy'ego i porannej Latte z Dorotką... Za mało.
Poczucie rozedrgania i chęć zarzygania rzeczywistości została jedynie spotęgowana.
Nie wiem. Nie umiem. Nie chcę. Się boję.
Mam dość.
Brzydzą mnie ci ludzie. To otoczenie. Te zakazo-nakazy, do których i tak nie będę się dostosowywać, ale wiadomo,że być muszę, bo 'tak wypada'.
 Emocjonalny przewrót. Nie-do -pa-so-wa-nie.
 To podobno normalne w tego typu życiowych momentach... Niemniej marne to pocieszenie. Nie odnajduję się w roli podręcznikowego przykładu terminów psychologicznych. Bez względu czy chodzi o nerwice, fobie, bądź właśnie dezintegrację pozytywną...
 Kurwa.
Przecież ja nie chcę wiele, nie chcę wiele, nie chcę wiele!!!!!!!
 Lista ma tylko ok. 60 stron A4....

środa, 25 czerwca 2008

(...) nagle zapomnieć wszystko

 Mogło być tak sielankowo-alkoholowo-z domieszką rock'n'rolla i przemocy...
Ale nie będzie. Mea culpa.
 I chuj.
Wiele bym mogła. Mogłabym nawet wszystko odkręcić.
 Ale to pierdolę.
Bo mi się, kurwa, nie chce. Bo nie widzę powodu, dla którego miałoby się coś zmienić.
 No i sceniariusz znany do bólu. Zawsze taki sam.
 Czy mi szkoda? Tak. Tego, że kolejny raz jest tak samo, przewidywalnie, a sytuacja niczym nie zakoczyła. pierdolony dzień świstaka.
 Ale to jest thrash metal, a nie rurki z kremem.  Into the mosh pit nie wchodzi się trzymając za ręce...
Dlatego przesłucham sobie jeszcze raz
cinnamon spider i pójdę zmyć jebiącą acetonem maź z części swoich włosów (baby są jednak pojebane robiąc coś takiego regularnie...). Zrobię sobie kolejny tatuaż i kilka nowych dziur w ciele. To mi wystarczy.
bo jutro już znikam na chwilę. Pakuję majtki z hello kitty, koszulkę informującą żem jest Bitch i spierdalam.
 I jest mi szczerze obojętne co, kogo i dlaczego tutaj zostawiam.

 Swoją drogą, tzw. blogosfera jest kawalkiem niezłego syfu... Tak mi przyszlo do głowy...
Wywnętrzasz się z najbardziej intymnych myśli. Spowiadasz z delikatnych uczuć, odsłaniasz jakieś tam miłości, niepewność, frustracje, czy inne bzdury... Tymczasem taka ja siedzę przed kompem gdzieś na drugim końcu Polski i wszystkie te twoje uczucia kwituję prychnięciem. Albo ironicznym uśmiechem...
 cóż...
albo odwrotnie...
 Taka Dorotka na przykład - czytając o moich Dużych Cyckach nie wyłapie kąśliwej autoironii autorki posta i do końca życia będzie uważała mnie za skończoną idiotkę, prawda?... ;)



niedziela, 15 czerwca 2008

DUŻE CYCKI

 Tak, tak...:)

 Godzina była już późna (wczesna...), a ja stojąc pod sceną po raz -enty uświadomiłam sobie, że TO właśnie jest dla mnie synonimem pełnej satysfakcji. Trudno uchwytny moment między niedo- a przesytem... Nie czekam już na ich koncerty z tym specyficznym utęnsknieniem co kiedyś, ale wciąż są dla mnie chwilami na tyle szczególnymi, aby niezmiennie załapywać ten specyficzny, kwaśny klimat...
 Cóż, satysfakcję to ja osiągam tylko z czterema facetami, dwiema gitarami, basem i zestawem perkusyjnym.
 
 Ale nie o tym, nie o tym...
( nie uważam Olassa za wybitnego mentora w jakiejkolwiek pozamuzycznej dziedzinie, ale...)

 Lata pełne kompleksów. Dziesiątki push-upów, setki złotych wydawane na magiczne specyfiki, niezliczone zarwane noce spędzane na googlowaniu klinik chirurgii plastycznej oraz cen operacji. Obsesyjna niechęć do ściągania stanika w łóżku. Unikanie miejsc związanych z potrzebą zakładania kostiumów kąpielowych, chore  paranoje(...)

-Ale ty masz duże cycki!

 
Nic nie pozbawiło mnie największego kompleksu mojego życia skuteczniej niż thrash metal...
Od wczoraj jestem,kurwa, nową osobą!!!
Lepszym człowiekiem!!!
Stałam się kimś!!!
Od godziny 2.30 jestem posiadaczką -uwaga- DUŻYCH CYCKÓW.
 
 I teraz już wiem, że ja i moje cycki możemy podbijać świat. Zyskałam potężną broń w środowisku współczesnej dżungli. Morderczy atut. Argument ostateczny. Asa w staniku.
 Ja pierdolę, normalnie no - brak mi słów, a wzruszenie ściska gardło.

 Tak więc moje cycki wraz ze mną udają dalej leczyć kaca i siniaki...



 

piątek, 13 czerwca 2008

Trzy zapałki...

Ale nic w stylu oczu, ust, czy innych szczegółów anatomicznych oglądanych w ich świetle.
Co to, to -kurwa- nie...

Jest dobrze. jest pięknie.

Zaciskam w jeszcze trochę drżących dłoniach garść szpilek mojego skrawka rzeczywistości... Wbijają się wprawdzie pod paznokcie i kaleczą skórę, ale przecież...

Jest dobrze. Jest pięknie.

 Trzymane kurczowo tylko po to, zeby w odpowiednim momencie rzucić je w twarz reszcie świata...
Tymczasem tutaj znów coś zaczyna się od początku. A mimo to, wiem już jak się skończy, gdzie  oraz kiedy... Nie to, że taki stan rzeczy mi przeszkadza. Wręcz przeciwnie... Kolejna próba poukładania siebie w wieżyczkę z dziecięcych klocków, która pierdolnie i tak przez moje 'mamtowdupie' (nie, to nie jest brak silnej woli, alni determinacji, wcale nie...).
 Ale trzeba wstać i iść - nie chciałabym się zamienić w pieprzonego teoretyka życia.
Dziś z falstartem. Ale tylko dlatego, że znam siebie i wiem, że w tzw. międzyczasie będą opóźnienia i paraliże...
 ...Bo muszę podpalić stos pod wiedźmą. Podpalić lont. Podpalić na sobie ubranie...
 Tymczasem, kurwa, zamokły mi zapałki...
 


poniedziałek, 9 czerwca 2008

helper...

 Trzy dni i dwie noce.
Nerwów, zapierdalania i ogólnej bieganiny. Po schodach, chodnikach, trawnikach i posadzkach. W górę,  w dół oraz na prawo i na lewo... Pośród zbieraniny największych looserów, oszołomów, oblechów i debili, jaką świat widział. Pośród cuchnących potem tłustych wieprzów i macior w plisowanych spódniczkach, lub kretyńskich koszulach (co niekoniecznie wiązało się z analogicznym przypisaniem do płci...)...
 Ja pierdolę.
 No nic - ja tu jestem ponad, mam swoją funkcję, coś tam do roboty...
 Mnie z tym gnojem nie mylcie, ja tu tylko pracuję, ja tu tylko aktywistką (mhm..ta.) jestem i tylko zdjęcia robię. Jedynie z Komudą mogę zamienić słów parę. A jak ktoś wybitnie podpadnie, to go Tomasz zajebie (przynajmniej mogę mieć taką nadzieję..Ale bądź co bądź - lubimy ten sport...).
 
 Niee - nie bawmy się w to... Ja wiem, że za mundurem panny itd
, ale panną to ja dawno być przestałam, jest 4.30, drugą noc nie śpię... Ta, sympatyczny z ciebie facet, ale odpuśćmy sobie mizianie po nosku, głaskanie po główce i trzymanie za rączkę. Jestem brudna, zmęczona, zła i zaraz cię zapierdolę, jeśli nie przestaniesz.

 I tylko chwila przerwy - org room, rotacja ludzi umiarkowana. Shisha z weedem i alkoholu błogosławion między napojami.

 Potem już czeka tylko lufa. Nienawidzę palić z lufy. Pierdolone, ćpuńskie narzędzie...
 Nie to narzędzie i nie ci ludzie -
 taak, to nie będzie dobry trip...

 Powrót do czasu rzeczywistego. Męczę się.
Pierdolę.
Wychodzę.

wtorek, 3 czerwca 2008

rozkład jazdy PKP

... W lewo, albo w prawo...
Mimo, że zdecydowanie wolę do przodu. Dziś już nie strzelam sobie w głowę.
 Jest tak bardzo gorąco i leniwie. W prognozach  mówią o lekkiej migrenie i wewętrznym dygocie...
 Ale dzisiejszy wieczór nie upłynie pod znakiem Evening Star... Od rana mogłabym wprawdzie znowu śpiewać wraz z Amy Winehouse, że nie c chcę na Rehab, jednak chwilowo nie ma to absolutnie nic do rzeczy...
 Najpierw sałatka z mango i najlepsze latte by kittie... Potem siedzenie na  zakurzonym peronie. Upał. Promienie odbijające się od torów... Niestety, tym razem to nie ja wsiadam do przedziału. Zresztą, to i tak nie mój pociąg.  Moj przyjedzie po mnie za trzy tygodnie...
raz...
          dwa...
                      trzy...
 Czekam.
 Nie dotykać.

poniedziałek, 2 czerwca 2008

...retrospektywnie nie!nie!nie!!!

 Ja pierdolę.

 
 Tak w ramach powitania i powiedzenia kilku słów o sobie.
 Bilans wypada przerażająco : 4 kufle piwa, 5 szklanek szkockiej, dwie setki absolwenta, wino  i Daniels z kolą (co za profanacja. kurwa.).
 24 godziny, 4 siniaki, 2 zadrapania. Obalona teoria co do homoseksualnej orientacji R. Odstrzelenie K.  z wdziękiem godnym HD Electra Glide o pojemności coś koło 1000ccm. Czyli wdziękiem bardzo specyficznym, aczkolwiek wybitnie dla mnie charakterystycznym (uwzględniając fakt ironii losu, ze ElectraGilde za cholerę nie jest tym, na czym chciałabym kiedykolwiek jeździć...).
 Nie wiem, czy wspominałam, ale...

Ja pierdolę.

Wyglądam źle i nawet moja trzynasta para boskich butów nie pomoże. Nic nie pomoże. Już chyba tylko shot in the head:
I've got so many friends to my name,
They're all bottles of whiskey, they're friends just the same
Never have to worry that's the name of the game, hey, hey, hey
I've had enough of getting shot in the head
I've had enough and I wish I was dead
I've had enough of getting shot in the head
I've had enough of getting shot in the head
i tak w kółko...
 Piękne. W chwilach samobójczych porywów działa lepiej, niż Prozac. Przysięgam.

 Dobrze więc. Zostawiamy to za sobą. Zmywamy z twarzy domestosem. Szorujemy cilitem Bang! i płuczemy jelita kretem.
 Mam 8 par majtek z HelloKitty, więc jest w czym wybierać na (kolejną) podróż w poszukiwaniu straconego czasu...
 Tymczasem retrospekcja będzie z ukrytym morałem.

 Jeszcze jakiś czas temu miałam na twarzy blizny. Blizny dość przeze mnie znienawidzone, gdyż powstałe  w wyniku chwili słabości, lekkiego ataku histerii i generalnie - pierdolca.  I kiedy już przywykłam do tego, że SĄ, nauczyłam się je ukrywać pod warstwami podkładu i odpowiednio opuszczać głowę, okazało się, że blizny te można usunąć...
 Przez tydzień po zabiegu chodziłam z opuchniętą twarzą poznaczoną czymś na kształt oparzeń. Myślałam wtedy nawet, ze ktoś zrobił mnie w przysłowiowego chuja i zostanę z czymś takim do końca życia.
 A jednak z czasem zagoiło się bez śladu. Tych blizn już dzisiaj NIE MA.

 A morał jest taki, żeby nie wchodzić w trampkach do lodówki. I jeszcze taki, że wbrew pozorom większość rzeczy jest w życiu odwracalna. Skoro można usunąc blizny z twarzy, można też usunąć te, które znajdują się gdzieś o wiele głębiej. Można usunąć ludzi i tatuaże. Można wypierdolić do śmieci definicje własnego życia. Symbole. Wspomnienia. Ale można też odnaleźć utracony czas. Można odzyskać SIEBIE...
 Można.
 Tylko, że najpierw rozsądnie jest zainwestować w dobrego specjalistę i skuteczną aparaturę...