THOUSANDS OF FREE BLOGGER TEMPLATES

czwartek, 26 sierpnia 2010

Happiness hit her like a bullet in the head...

Kilka lat temu pewna Istota przepowiedziała mi rychły koniec mojego zapasu życiowego farta. Myślę, że to ten moment właśnie...

 Dostałam SZANSĘ. Chyba największą w moim życiu. Jak mocny policzek na dzień dobry. Jak strzał w tył głowy. Setka spirytusu na otwarte rany...

(och! i nawet trzęsą mi się kolana, a pierwszy napad euforii ustępuje racjonalnemu przerażeniu. I OCHH!! jak zwykle, leniwa zdziro niczym sobie na to nie zasłużyłaś, wiesz przecież, że ci się nie należy...i jeszcze jedno:

 spieprzysz. Zresztą popatrz w tył. NIE ODWRACAJ, KURWA GŁOWY! Widzisz te wszystkie zmarnowane szanse? Wszystkie możliwości, które tak pięknie schrzaniłaś? ... więc niby jak teraz miałoby być inaczej...)

 Ale dzisiaj jeszcze nie ponosi mnie odpowiedzialność. Zaciśnięte, zgniłe serduszko koncentruje się już tylko na jednym, a mianowicie: nabieraniu rozpędu...Więc niech wszyscy spierdalają mi z drogi. Nie mam czasu, nie mam ochoty. Jeśli nie możesz mi się na nic przydać - won. Bo jeśli faktycznie to jest ten moment, który mojego farta wyczerpuję, to nie jest to nawet szansa. Po prostu nie mam już innej drogi, a wszystko postawione na jedną kartę przestaje się powoli liczyć.

 Szczęśliwie nigdy nie bałam się skoków na głęboką wodę. I mój Mały Koci Bóg świadkiem, że już bardzo, bardzo chcę skoczyć. Chcę już położyć lachę na to, co udało mi się wybudować wokół siebie przez ostatnie dwa lata. Cienka biała kreska i kolejny spalony most za sobą. Chcę już, teraz, zaraz!!!! Spakować kilka par z kolekcji boskich butów, kilka par czarnych majtek i oczywiście kota. Kota przede wszystkim. Jedyną istotę, która jest zapisała się już stałą, bezpieczną i ukochaną obecnością w moim życiu.Tyle mi wystarczy. Wszystko czego dalej będę potrzebowała mam w sobie samej. Wątpliwą resztę zapluć i zamazać...

... Ale skoro nie jestem w stanie przyspieszyć czasu, to chociaż wykorzystam go do ostatniej kropli... Bo wygląda na to, że teraz każda moja godzina tutaj będzie miała bardzo konkretną wartość... Zadbam więc sobie o to, żeby wejść w NOWE z cyckami z betonu i bardzo wysoko podniesioną głową. Nawet jeśli nikt nie będzie życzył mi powodzenia.

niedziela, 20 czerwca 2010

'chciałabym, chciała...'


CHCIAŁAM.

jeszcze chwilę temu napisać o czymś zupełnie innym. O tym jaka jestem szczęśliwa i radosna. Piękna, zakochana, zdrowa, spokojna i co tam jeszcze można sobie wymyślić. O tym, jak śliczną mam sukienkę, czyste dłonie, nienaganny makijaż i zero krwi na poduszce.

gówno.

już nieważne. już nic,nic. To ja jednak zostanę sobie tu, gdzie jestem. Tu gdzie red jeans od versace miesza się z dymem papierosów, gdzie wszystko drży panterkowo - różowo - pluszową fakturą, jest zgniłe, chore i brudne. Tu mi dobrze, proszę mnie nie ruszać. Szczęśliwie mój mały bóg dał mi pamięć krótką i wybiórczą. Dał też zdolność zagłuszania myśli alkoholem oraz kilka osób, na które zawsze mogę liczyć w kwestii trzymania głowy tuż nad kantem stołu.

wracam więc do starego rytmu. Gryzę, drapię i prycham na wszystko, czego nie znam. Walczę, no... 

I dobrze, bo lubię. I nie dość, że lubię, to na dodatek jak tak patrzę na siebie - widzę że jest o co.


niedziela, 6 czerwca 2010

jestem na nie.

(...z cyklu: brałaś - nie pisz.)

...chociaż to chyba najlżejszy grzech z tych, jakie ostatnio przeciw sobie popełniam.

Straciłam trochę (hah!..) kontrolę.

Do tego stopnia, że przez moment znów zalęgły mi się w mózgu robaki... a ja z całą świadomością karmiłam je ich ukochaną zgnilizną. I choć teraz już wszystko tak pięknie błyszczy, nie wiem kiedy znów zacznę krzyczeć w nocy (...ot, wystarczy nie spać. Druga doba dobiega końca)

...Czy można wreszcie  przyzwyczaić się do wiecznego podejmowania złych decyzji? Do defektów miejsc, których nie da się zlokalizować w atlasie anatomicznym?  Przyjąć do wiadomości, że toitakniewyjdzie? Zapamiętać wreszcie raz na pierdolone zawsze: we can't fix it. it's fucked up.

........Przecież każde kalectwo jest do oswojenia. Na każdy rodzaj bólu pomaga adekwatna dawka morfiny. Na każdy lęk - tabletka w odpowiednim kolorze. Na robaki - porządna dezynsekcja...

 ...Teraz już spokojniej... Nienawidzę się do tego przyznawać, ale bardzo potrzebowałam tych kilku dni i tych kilku osób... Nie znoszę o tym mówić, ale jestem kurewsko wdzięczna. Za 72 godziny nauki oddychania. Za miejsce w którym nie musiałam obawiać się,że zostanę sama. Za powtarzanie do porzygania że nicciętuniedosięgnie jesteśbezpieczna i wśródtychktórzyciękochają.

... Jednakowoż wstyd za samą siebie pozostaje. I niesmak. I cały ten syf za paznokciami, który w pośpiechu zdrapywałam sobie z twarzy...

 I wkurwienie. Permanentne, totalne i nie do opanowania. Bo wszystko we mnie się buntuje. Dosłownie. Fizycznie. Wyniki badań: z miesiąca na miesiąc gorsze. Wyniki na uczelni: pojebałam z góry na dół. Psuje mi się głowa. Bolą mnie rzeczy w środku i na zewnątrz. Choruje we mnie niemal wszystko. Moje 60 kg toksycznego mięsa buntuje się jak tylko może. Krzyczy, że mnie nienawidzi. Ostentacyjnie daje do zrozumienia, że chce zniknąć już, zaraz, natychmiast.

....a mnie samej, nie wiedzieć czemu, tak cholernie zachciało się żyć...


piątek, 23 kwietnia 2010

słowa, których się nie mówi...

i myśli,  sytuacje, gesty, których być nie powinno. Po cholerę to sobie piszę? (choć właściwie powinnam zapytać po cholerę to sobie robię.)

...chyba żeby nie zapomnieć. Jak przez chwilę było mi dobrze. I jak za chwilę to wszytko mnie sponiewiera.

 Budzę się w nie-swoim-łóżku i pierwszy raz od dawna nie czuję się chora. Nie czuję się przerażona. Nic, tak zupełnie nic mnie nie boli.... Budzę się obok kogoś i za każdym razem nie mogę się nadziwić, jak można mieć tak ciepłe dłonie. Ciągle...

 Zasypiam uspokajając się czymiś oddechem, głosem, smakiem i zapachem skóry, ciągle jeszcze zaskoczona, że jakimś cudem do tego doszło. Wszystko na odwrót. Wszystko nie tak... A jednak wcale mi to nie przeszkadza. Zasypiam, mimo że nie powinno mnie tam być. Zawsze pod ścianą. "- już się tak przyzwyczaiłam..."

....i sama nie wierzę, że powiedziałam to głośno. Jak odgłos tłuczonego szkła. Łamanych kości...

....bo znaczy to tylko jedno: powoli się odwrócić. Cicho wyjść i nie odwracać się za siebie, pomimo, że tak kurewsko tego nie chcę...

Niestety, nie mogę pozwolić sobie  zapomnieć, że jedyne przyzwyczajenie do jakiego mam prawo to deliryczne zimno w pustym łóżku o czwartej nad ranem.

piątek, 19 marca 2010

Impresja

DZIURA

papierosy wiśniowe, setki ubrań i nocnych ucieczek, papierki rzucane kotu do zabawy, rachunki, mandaty, karty kredytowe, tabletki niebieskie czerwone brązowe i białe, wewnętrzne zamieranie wewnętrzny dygot zupełnie niespodziewany wewnętrzny spokój, lakiery do paznokci w liczbie dwunastu, dwie pary różowych majtek, 80 GB muzyki, plamy z krwi tuszu pigmentów i zielonej herbaty na honorze oraz dywanie, parę stów na minusie i dwie puste butelki, koraliki czarne koraliki niebieskie czerwone lub różowe, reprodukcje grafik topora, trzy palce w gardle, cztery zadrapania na ramieniu, test ciążowy z jedną kreską i okrągłe lusterko z dwiema, gibson sg, tampony i cukierki rozsypane na pluszu w białego tygrysa, opuszczone miejsca, zaniedbani ludzie, podniesiona głowa, jedno wielkie WYPIERDALAJ, zmuś się do życia napisane małym druczkiem na rewersie, wszystko oddane za nic (bo trzeba mieć gest), półtorej godziny, zapach cynamonu, 10 powodów do życia których nie mogę znaleźć, 1 powód żeby spróbować stać się ładna(pierwszy raz od wielu lat), bilety tylko w jedną stronę, ostre przedmioty rozrzucone na podłodze obok łóżka, ostre przedmioty wpychane do przełyku, wstyd, strach, ogień, pornografia, obrzydzenie do tego co to widzę w lustrze, uwielbienie tego czego nie widać...

....spakować to wszystko? oddać? wyrzucić? sprzedać?

.................

środa, 17 lutego 2010

'zakochujer'

- Świetnie wyglądasz. Zupełnie inaczej niż zwykle... Coś się stało, prawda? Czekaj... chyba się nie...? Tak! ZAKOCHAŁAŚ się! Siadaj, opowiadaj! Wszystko...

...Więc siadam. Strzelam dwie kolejki Finlandii i proszę o poranną kawę. Nie będzie łatwo - nie umiem mówić o uczuciach...

- No więc...

...papieros...

-...tak... Na to wygląda...

...milczenie. Trzecia kolejka. Druga kawa...

-  To takie niesamowite uczucie, gdy czujesz, że jesteś w stanie zrobić dla Kogoś wszystko. Wszystko poświęcić. Wszystko oddać. Całą siebie.. To fakt - może i za często płaczę przez tą Osobę, ale nikt nie jest idealny. Tak, ufam bezgranicznie mimo, że nieczęsto wraca na noc do domu. Czasem nie warto pytać o obcy zapach na skórze... Liczy się tylko to, że widzę tą twarz jako pierwszą po przebudzeniu... Tylko dlatego jeszcze wstaję, wiesz?... 

Och, to nie tak! z pewnością mnie nie okłamuje... Ja wierzę, wierzę w te obietnice! I z pewnością rzuci te fajki, przestanie tyle pić, przestanie wpierdalać ten cholerny zomiren garściami, nawróci się do życia i nie straci już ani jednej szansy...

 Blizny?... To też nie tak, jak sądzisz. To była moja wina, to ja sprowokowałam... Po prostu słabe nerwy. Ale więcej tego nie zrobi. Wierzę, że już nigdy tego nie zrobi... jestem pewna...

Bo to jest prawdziwa miłość. Inni tego nie zrozumieją... Kiedy widzę rano tą skacowaną, zawsze tak samo wkurwioną i smutną twarz..... w lustrze. I kiedy mogę powiedzieć do odbicia:

 Hello, my Love!

środa, 20 stycznia 2010

dog days are over!

...Najwyższa to pora, żeby odświeżyć ten mój mentalny wyrzyg na rzeczywistość. Ale żeby było zabawniej - nic o bólu ani strachu. Żadnego połykania łyżeczek i wstrzykiwania sobie demoestosu dożylnie.

dog days are over!

 Wszystko nabrało rozpędu. Świeci. Błyszczy. Roztapia płatki śniegu na moich policzkach...

Nie ma już we mnie ani odrobiny strachu. Jest za to jeszcze więcej zdrowego  i twardego. Czegoś, co pomimo swojego chłodu parzy kolorem czerwonej pomadki. Okazało się, że całe  to rozedrganie dało się zamienić w coś co pozwala nauczyć się nie wypadać z zakrętów. Jechać jak zwykle za blisko bandy i mieć świetną zabawę z driftów. Ooo, jaką zajebistą zabawę! ....Zwłaszcza, że teraz to inni wychodzą z niej pokaleczeni.

Dlaczego?

Że niby coś się stało?...

Nie. Nic. Najzwyczajniej nauczyłam się trudnej sztuki wyciągania wniosków. I zapisuję je sobie na swoim ciele rozżarzonymi żyletkami, żeby więcej ich nie zapomnieć. A wnioski są bardzo proste: ostatni raz w swoim życiu zrobiłam cokolwiek dla kogoś innego kosztem siebie. Tylko dlatego, że moralnie i że 'tak należało'. ... Oczywiście po wszystkim wyszło na to, że jak zwykle jestem zwykłą suką. Whoa, nie pierwszy i nie ostatni raz przecież...

 Ale naucz się, blond kretynko w brudnych dżinsach, że jeśli masz już być suką, to przynajmniej z całą suczą korzyścią dla siebie samej.

...Więc biegnij. Miasto woła własnym, pulsującym rytmem. Od teraz już nie tylko Czujesz. Od teraz już Wiesz, że wszystkie rozkrzyczane noce, skacowane poranki i massolitowe popołudnia z kawą i papierosem są twoje. Cała wódka i wszystkie prochy tego świata. Obce łóżka i każdy decybel powyżej 100. Każdy tatuaż i każda blizna tego świata... 

...Nie trać już tutaj czasu.

Leave all your loving, your loving behind, you can't carry it with you if you want to survive Coz the dog days are over!

czwartek, 8 października 2009

Nowe....

....przyszło.

I jak to zwykle bywa w moim wypadku. Przychodziło po grudzie. Na kolanach. Po drodze wybijając sobie zęby. Dodatkowo jeszcze stanęło dęba i wywaliło mnie z siodła. Cóż. Komplikacje są akurat tym, co w moim życiu przewidzieć najłatwiej… Wyszłam z tego z kilkoma nowymi bliznami. Z absolutnym brakiem zaufania w dotrzymywane obietnice. Z jeszcze większą wiarą we własną siłę i możliwości…
Czyli znowu emocjonalnie poobijana i zamarznięta w środku, za to silniejsza i jeszcze bardziej wkurwiona na zewnątrz.
I dobrze. I tak powinno być.
Ale to wszystko akurat jest po staremu.

Natomiast moje Nowe nabrało zupełnie innego smaku, szybkości, koloru i wymiaru, niż kiedykolwiek dotąd w moim życiu. Póki co – smakuję, nie dosypiam, wykorzystuję każdą chwilę… Jest mi dobrze i ciepło. Budzę się rano i niczego nie muszę się bać. Czeka najlepsza kawa na świecie i ciche rozmowy przy porannym papierosie. Kot mruczy. Słońce zaczyna świecić. Wszystko jest zawieszone w jednym moim przenajgłębszym oddechu.

M. wrócił… zupełnie się nie spodziewałam. Choć te powroty zawsze byłam w stanie przeczuć, tym razem sądziłam, że pewne sprawy skończyły się definitywnie i nie ma sensu podejmować nawet prób powrotu… A jednak…
Zmieniły się tylko okoliczności. O parę lat, o parę dodatkowych kilometrów bliżej lub dalej od siebie, o inne miejsca i inne wnioski.
Zobaczymy co tym razem ta najbliższa z najdalszych mi osób zostawi w moim postrzeganiu rzeczywistości i we mnie samej…
I może wreszcie po naszych stu latach samotności przestanie się wreszcie bać tego przerażającego zaklęcia:

„…na wódkę do Singera”

niedziela, 20 września 2009

'Lato umiera szybko'

…znacznie szybciej, niż te wszystkie małe rzeczy, o które trzeba dbać. Te, które umierają najszybciej…

Tak więc, znowu zaczynam marznąć nocą. Coraz częściej łapię ostatnie ciepłe smużki słońca, które wyciekają mi poprzez zdrętwiałe palce.
I znowu na coś czekam… Banał użerania z akcją „przeprowadzka” przeplata się z moją ukochaną mantrą „Zacząć Wszystko od Nowa”…
I zacznę… w gołych jak święty turecki czterech ścianach, ale za to z nową towarzyszką życia. Małą, popielatą i długowłosą. Oby nam się razem dobrze żyło…

Oczywiście jakbym miała mało na głowie, musiałam dołożyć sobie jeszcze więcej (choć zdążyłam go już zastrzelić – jak każdy problem TEGO typu). Wybacz chłopcze, ale ja tak nie umiem. Na litość bogów, nawet nie chcę umieć! Pozwoliłeś mi się wyleczyć z czegośtam ( udawajmy dalej, że to nie placebo), ale nie pozwolę, żebyś próbował wpędzić mnie w cośtam kolejnego.
I bardzo śmieszą mnie te próby. I śmieszą mnie takie istoty, które…. Wybacz, ale daleko ci jeszcze do mężczyzny. A z racji twojego wieku,w tym życiu nie zdążysz być ‘bliżej’
Zacząłeś irytować. Nagle mój czas zaczął mieć zupełnie nową – przeliczalną i odczuwalną wartość, na którą za cholerę cię nie stać.
I dość już mam próbowania wmówienia mi, że to ja mam złe wzorce i dewiacyjne upodobania…
To byłoby na tyle. Jesteśmy dla siebie poza zasięgiem, jesteśmy disconnected as fuck.

…. a jednak nie mogę się oprzeć pokusie, żeby zedrzeć ci ten śliczny uśmieszek z pyszczka…. Co więcej, nie mam zamiaru się tej pokusie opierać…
Więc jeszcze tą chwilę poczekam i…..


……..a wszystko po to, żeby JESZCZE dobitniej uświadomić ci, chłopcze, że nie, nie nawrócisz mnie do życia.

wtorek, 8 września 2009

Człowiek-pies // człowiek-mucha

Dobra.

Kurwa wasza pierdolona mać. Dobra.

Z racji chwili. Chwili pomiędzy histerycznymi brakami w dostawie powietrza do płuc. I z racji przezwyciężenia nieodpartej pokusy zdrapania sobie skóry z twarzy. Oraz wyrzygania tych żyletek, co mi się, niechcący połknęło.


Z racji tej chwili wolnego czasu pozwalam sobie na obiektywne spojzenie na moją obecną sytuację....

P. wyprowadziła się parę tygodni temu. Jak nietrudno się domyślić - nie podołałam.
Nie podołałam temu, że zostaję SAMA.
I nic mnie nie obchodzi, że mówiąc tak krzywdzę i Pana Wypierdalaj i tą czarną glizdę bez której już by mnie tu nie było i całą masę osób na które zawsze mogę liczyć.
Nie o to jednak chodzi. Poprawka. Ja nie zostałam sama. Zostałam bez NIEJ.
A to gorszy stan, niż amputacja mojej trzeciej wątroby (tak, akurat tej, którą zamieniłam na serce)...

Tak więc przerabiam w sobie wszystkie stany samotności. Mogę recytować je już z pamięci. Nazywać i układać alfabetycznie, tudzież odcieniami.

Zajmuję się czymkolwiek. Najczęściej mnożeniem swoich gównianych talentów. Mnożeniem blizn, brudu, robaków w głowie oraz sytuacji moralnie dyskusyjnych...

Choć zapewne wystarczyłoby zafundowac sobie tydzień jazdy po bandzie i po moich własnych granicach, zamiast zadowalać się półśrodkami.
Ale nie wolno mi. Wszak zafundowałam sobie detoks od emocji....
I będę się trzymała tego postanowienia, mimo, iż nieuchronnie porowadzi mnie do nagłego przedawkowania rzeczywistości...

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

CIĄG (dalszy)



proszę usiąść wygodnie i wyłączyć ten kanał, radio miłość zamknięte
- co za banał.


...I to by było na tyle opowieści o wakacyjnej ucieczce w te zupełnie rodzaje emocji (ojezuskuprzenajświętrzy, jaki ja mam problem z nazywaniem pewnych rzeczy po imieniu...)

Tak, tak – odnajduję się całkiem skutecznie (miało boleć dużo bardziej?..) .
Dziś wracam do siebie. Nic to, że tak naprawdę trochę bardziej wracam, niż do siebie, ale za to z kolejną porcją gówno wartych Planów i Postanowień. Od jutra emocjonalny detoks. Proszę przetoczyć mi 50 litrów czystej krwi. Najlepiej innej grupy. Innego koloru. Innego smaku i konsystencji. Proszę przeszczepić mi mózg. Na jakieś chromowane, nieporysowane i nieprzegrzane cudo. Czterordzeniowe. Z dodatkową pamięcią. I monitorem 25,5’’. Z silnikem prosto z tej przeklętej VT 750. Tylko, na miłość boską – bez tych pierdolonych frędzli na manetkach!!!!!!!!

Uff... Ciężkie było to powracanie do samej siebie (tym razem nie o miejscu, tym razem o tym, co siedzi mi pod skórą i krąży w żyłach). Nie wiem nawet, czy tak w 100% mi się to udało... Czy przypadkiem części siebie nie jednak zostawiłam gdzieś tam....[sic!]

Mimo to, nadal nie udało mi się złamać samej siebie. Pozostanę znowu- troszkę-bardziej- sama- niż-zwykle...

Bo to, co ty nazwiesz zagubieniem, ja nazywam wolnością. I póki mam jeszcze w sobie ten cholerny ogień, który nie pozwala ustać w jednym miejscu i trzymać się jednej myśli...

No cóż....
Połamane kości będą zrastać się równie szybko, jak złamane serca.


Post (Mortem) Scriptum.

Właśnie mi się przypomniało, jak chwilę temu, z całą lodowatą ironią, lizałam policzek tego skurwiela (Suka. Normalna Suka, no...)...

.... Jak o tym myślę, chce mi się rzygać...

czwartek, 6 sierpnia 2009

Ostatnia audycja radia miłość.

Znowu historia zatoczyła pętlę. Nic to, że pętla niespodziewanie zacisnęła mi się na szyi, a rozchwiany stołek nagle uciekł spod stóp.

Jeszcze kilka z dziewięciu żyć pozostało do mojej dyspozycji. I JAAZDAAAAAAAAA. I po bandzie. Bo ja, skarbie, zawsze spadam na cztery łapy, wiesz o tym, prawda?...

„Nic się nie zmieniłaś, wiesz? Tylko teraz już bym się nie bał ciebie dotknąć...Ja pierdolę, miałaś wtedy siedemnaście lat...”

Jesteś aż tak pewien, że TERAZ byś się nie bał?... Nawet, jeśli krwawe plamy zostaną ci na dłoniach?... Nawet, gdy kropelki kwasu zaczną drążyć twoje usta?... Popatrz na mnie jeszcze raz... JESTEŚ PEWIEN, ŻE SIĘ NIE BOISZ, WREDNY SUKINSYNU?!

Stań pięć kroków dalej. Nie podchodź. Ja cały czas jestem tą samą trującą truskawką. Wszystko wygląda pięknie i słodko. Pachnie sterylnie i podnieca radioaktywnie. A w środku tradycyjnie- arszenik, żyletki, lewe prochy i wyrzygany alkohol.

Czyli kolejny raz udowodniłam sobie i światu prawdę, którą tak bardzo chciałam ukryć. Ostatnio nawet bardzo skutecznie. Ojj, jak dobrze mi się ukrywało. Dobrze się uciekało do Kogoś. Było ciepło, miękko i spokojnie.

Szkoda, że nie można uciekać cały czas. I szkoda, że zawsze wraca się do punktu wyjścia.

Pętla wisi w tym samym miejscu, co zwykle. Pętla czeka. A mam wszystko przed oczami. Tak blisko...

...lubię...

...I nie, nie jest mi źle. Wręcz przeciwnie nawet. Nigdy nie było lepiej.


Tylko jak się w tym stanie, do cholery, odnaleźć?......

niedziela, 24 maja 2009

Grzechotnik na rozgrzanym ostrzu....

....ostatnio dusi mnie gęste powietrze. Za gęste. Wszelkie obawy, strach i niepewność do tego stopnia skumulowały się, że stanęły chujem w gardle. A ja za cholerę nie mogę się porzygać tą Łaską Pańską.

Budzę się niczym kłębek mokrego przerażenia i wewnętrznego paraliżu. Nieotwierajoczu. Nie chcesz tego widzieć. Nie chcesz słyszeć. A najbardziej na świecie nie chcesz poczuć. TO znowu będzie zabijało po kawałku. Powoli będzie trawiło od środka.
Więc nie ruszaj się i najlepiej spróbuj zniknąć...
Tak jakby wewnętrzny bezruch ocalił mnie przed rozpierdoleniem sobie głowy. Tymczasem na trajektorii lotu wyrosła ściana. Nie do ominięcia.
...a już prawie zapomniałam jak to jest być rżniętą przez bezsilność. I szmaconą na wszystkie cztery strony świata... Najwyraźniej pora sobie przypomnieć. W bardzo dobitny sposób.
....będzie bolało. Cholernie bolało.

...Ale jeszcze przez chwilę ŻYJĘ. Jeszcze przez chwilę każdy dzień będzie nowy. I jeszcze przez chwilę nic mnie chwyci mnie za gardło. Jeszcze na parę chwil zanurzę się w mieście, które nagle okazało się mnie kochać (... a przecież nigdy.... nikt...). Będę nim oddychać. Będę je smakowała do ostatniej kropli, tuż po zachodzie słońca; tak, jak powinno się smakować kogoś, kogo się pokochało z wzajemnością (podobno... bo przecież nigdy... nikt....).
Bo to miasto jest wszystkim, co musi mi wystarczyć na kolejne tygodnie. Zamiast prozacu. Żeby nie zwariować...

...założyła czerwone szpilki. Czarną sukienkę. Wszystkie swoje blizny z cichą akceptacją... Utonęła w wiśniowym dymie. Zamknęła za sobą drzwi... Dziś już nie wróci, tak naprawdę nie wróci nigdy, choć sama jeszcze o tym nie wie. I nie będzie tego jeszcze wiedziała nawet nad ranem...

„..całe to miasto prosi się o klapsa..”

środa, 13 maja 2009

„ No rabbit in the hat”

... Czyli kolejne etapy rozedrgania. Tym razem jednak absolutnie nie-wewnętrznego. Wszystko przejawia się na czysto fizycznej płaszczyźnie. Tak fizycznej, jak zapowiedź tłuczenia szkła dziś wieczorem...
Wewnętrznie natomiast zupełnie nic się nie zmienia. Tak, jak nie zmienia się skład magicznych tabletek, czy reakcja na dziesiątą kolejkę spirytusu...

Nadal wszystko pod ostentacyjną kontrolą. W glitter opakowaniu. To nic, że w środku trochę gnije i płonie na przemian. Zawartość zawsze można wyrzygać, wydrapać i wykrzyczeć.

W tym kapeluszu nie znajdziecie już króliczka. Nawet tego, z zakrwawionymi łapkami. Bo owszem, czasem lubię być kicającym, uroczym stworzonkiem, robiącym sztuczki na zawołanie. Ale CZASEM nie oznacza, że będę robiła to na każde zawołanie. Zwłaszcza, kiedy próbują króliczkowi wybić ząbki, żeby nie gryzł. I amputować łapki, żeby nie uciekł. I najchętniej obciąć główkę, żeby nie myślał. Na koniec oczywiście próbując wyruchać króliczka jak leci. Dosłownie jak i w przenośni.
Nie. Nie strzelę sobie w tył głowy tylko dlatego, że ktoś usilnie prosi i przekonuje, że tak byłoby bardziej sexy.

Króliczek był jedynie tandetna iluzją, Proszę Państwa.
....Wściekła, zimna suka wróciła.

piątek, 8 maja 2009

Zimny wiatr...

...Zaczął znowu wiać z północy.
Na wschodzie niweczy nocny spokój młodych wilków, a tutaj budzi bezdomne, piwniczne kocięta...
Niepokój przywiał i do mnie. Wplątał mi go we włosy, sypnął w oczy garścią Wątpliwości. Kolejny raz podrażnił nerwy ukryte tuż pod skórą ... Szeptał do ucha o tym, czego już miałam nie usłyszeć w żadnym jego podmuchu.

I znów trzeba będzie spakować kilka, zawsze tych samych rzeczy. Resztę mostów spalić. O całej tej (i tak nędznej) reszcie zapomnieć. Nie będzie już potrzebna.
Rzucić monetą.
Splunąć za siebie.
Stłuc kieliszek na szczęście...

...Odnaleźć Nowe Miejsce. Nowe wrażenia, kształty i zapachy. Nie dlatego, ze tu jest źle, czy dlatego, że tutaj nie wyszło. Wręcz przeciwnie. Odnalezione. Poznane...
Pora więc żeby zburzyć porządek i przyzwyczajenie. Przygotować się na nowe Odnalezienie i Poznanie.
... I może kiedyś... znajdzie się takie miejsce, w którym potrafiłabym zostać...

Coś Naprawdę Mojego. I Tylko Mojego...
...Przynajmniej dopóki znowu nie poczuję na swojej skórze północnego wiatru...

poniedziałek, 4 maja 2009

...Kittie powraca.

..i to na bardzo wielu płaszczyznach...
Multipowrót do rzeczywistości bywa bolesny. Podobnie jak boleć może przyglądanie się swojemu odbiciu w lustrze. Że niby źle? Że podkrążone oczy, rozmazany makijaż i grzywka w nieładzie?...
...nie. Absolutnie nie o to chodzi...tym razem
Obraz do zajebania boleśnie realny. Zbyt realny. Brak tu jakiegokolwiek marginesu na mnie samą. Na wątpliwość, krok w tył i zaufanie w stosunku do jutra...
Cóż, najwyraźniej uciec można, ale nie na zawsze. Bo w końcu nie ucieknie się przed samą sobą, a ponad 400 km wystarcza na bardzo krótko. Zaledwie na jeden dłuższy oddech i jedną chwilę, kiedy można odrzucić wszystko, czym jest się na prawdę...

Ale przecież...
Kocham to, kim jestem. Nawet, jeśli czasem uciekam od samej siebie.

Dlatego dam sobie jeszcze jeden dzień. Jeden dzień na tęsknotę za czymś, czego nigdy nie było. I jeden dzień na bardzo wątłe myśli, które uciekają w przestrzeń wraz z papierosowym dymem.

Bo już jutro wyrwę sobie te gwoździe z rąk, zabiję każdą wątpliwość i odrzucę jak najdalej wszelkie słabości...a zwłaszcza tą jedną.

Od jutra znowu przestanę mówić szeptem...Bo spojrzę w to samo lustro co dzisiaj, a odbicie przywitam głośno. Chwilowo zapomniałam, że mam w środku zbyt wiele hałasu, żeby pozwolić znowu się komuś uciszyć.

„I am not your rollin’ wheels. I am the Highway!”

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

[sic!]K

Więc chciałam tak tylko napomknąć....

 Żebym przypadkiem za chwilę nie stwierdziła, że mi to do głowy wcześniej nie przyszło.
Że nie przewidziałam.
Że przecież jestem mała, biedna i bez rozumu...
...i skąd mogłam wiedzieć...

Prorokuję więc, cholera, że z TEGOWSZYSTKIEGO nic dobrego nie wyniknie.
Jak zawsze...
 Już czuję, już to czuję jak wszystko mi  się z wdziękiem roz-pier-da-la.

A przecież miałam przeczucie..
 A przecież można było uciec dużo wcześniej
(jeszczeczas,jeszczeczas!!!)

Ale ja nie chcę, do cholery!!!!!!!!!!!!!!!!!

Na szczęście tym razem decyzja nie zależna będzie ode mnie...
 Postąpi się tak, jak NALEŻY
jak TRZEBA
jak JEST NAJROZSĄDNIEJ...

nie chcę...nie chcę nie chcę nie chcę........

sobota, 9 sierpnia 2008

Jack Off Jill - Chocolate Chicken

Że niby coś się zmieniło?....
Niestety. Na szczęście.
Nie . Tak.
Źle. Bardzokurwadobrze

 Nie jest największym problemem fakt, że nie mam co napisać. Jest nim fakt, że nie wiem, co mam myśleć... Zmiany miały być:
-radykalne
-natychmiastowe
-na lepsze

 Tymczasem wszystko wygląda, niczym pieprzona pielgrzymka na jasną górę. Dodatkowo na kolanach. Z modlitwą co 50 metrów gratis.

 Czasem po prostu BYWAM Najgłupszą Istotą Na Świecie. Cóż zrobić...
 Czyli znów układamy pasjansa starą talią kart. Znowu najistotniejsze życiowe wybory stawiamy na jedną kartę...

 A jeśli nie wyjdzie po mojej mysli, to Czekoladowy Kurczak będzie lekiem na całe zło... I sposobem na całe pieprzone życie.


sobota, 5 lipca 2008

Dezintegracja Pozytywna

...czyli zabawa w domorosłego psychologa (?)
 Kilka dni spod znaku rock'n'rollowego stajlu, Chucka Billy'ego i porannej Latte z Dorotką... Za mało.
Poczucie rozedrgania i chęć zarzygania rzeczywistości została jedynie spotęgowana.
Nie wiem. Nie umiem. Nie chcę. Się boję.
Mam dość.
Brzydzą mnie ci ludzie. To otoczenie. Te zakazo-nakazy, do których i tak nie będę się dostosowywać, ale wiadomo,że być muszę, bo 'tak wypada'.
 Emocjonalny przewrót. Nie-do -pa-so-wa-nie.
 To podobno normalne w tego typu życiowych momentach... Niemniej marne to pocieszenie. Nie odnajduję się w roli podręcznikowego przykładu terminów psychologicznych. Bez względu czy chodzi o nerwice, fobie, bądź właśnie dezintegrację pozytywną...
 Kurwa.
Przecież ja nie chcę wiele, nie chcę wiele, nie chcę wiele!!!!!!!
 Lista ma tylko ok. 60 stron A4....

środa, 25 czerwca 2008

(...) nagle zapomnieć wszystko

 Mogło być tak sielankowo-alkoholowo-z domieszką rock'n'rolla i przemocy...
Ale nie będzie. Mea culpa.
 I chuj.
Wiele bym mogła. Mogłabym nawet wszystko odkręcić.
 Ale to pierdolę.
Bo mi się, kurwa, nie chce. Bo nie widzę powodu, dla którego miałoby się coś zmienić.
 No i sceniariusz znany do bólu. Zawsze taki sam.
 Czy mi szkoda? Tak. Tego, że kolejny raz jest tak samo, przewidywalnie, a sytuacja niczym nie zakoczyła. pierdolony dzień świstaka.
 Ale to jest thrash metal, a nie rurki z kremem.  Into the mosh pit nie wchodzi się trzymając za ręce...
Dlatego przesłucham sobie jeszcze raz
cinnamon spider i pójdę zmyć jebiącą acetonem maź z części swoich włosów (baby są jednak pojebane robiąc coś takiego regularnie...). Zrobię sobie kolejny tatuaż i kilka nowych dziur w ciele. To mi wystarczy.
bo jutro już znikam na chwilę. Pakuję majtki z hello kitty, koszulkę informującą żem jest Bitch i spierdalam.
 I jest mi szczerze obojętne co, kogo i dlaczego tutaj zostawiam.

 Swoją drogą, tzw. blogosfera jest kawalkiem niezłego syfu... Tak mi przyszlo do głowy...
Wywnętrzasz się z najbardziej intymnych myśli. Spowiadasz z delikatnych uczuć, odsłaniasz jakieś tam miłości, niepewność, frustracje, czy inne bzdury... Tymczasem taka ja siedzę przed kompem gdzieś na drugim końcu Polski i wszystkie te twoje uczucia kwituję prychnięciem. Albo ironicznym uśmiechem...
 cóż...
albo odwrotnie...
 Taka Dorotka na przykład - czytając o moich Dużych Cyckach nie wyłapie kąśliwej autoironii autorki posta i do końca życia będzie uważała mnie za skończoną idiotkę, prawda?... ;)